Agata
Manosa

Brzydkie ciała chodzą do kościoła.

2016-11-22 - Agata Herbut



O ciele mogłabym bez końca. O tym, że obok tych, o których każą nam myśleć, że są idealne (to te, które spoglądają z

okładek gazet, billboardów, reklam) są także „brzydkie” czyli nasze, odbiegające od ideału. Nie ruszane kijem.

A „brzydkie” ciała chodzą z nami do pracy. Czekają w kolejce w aptece, moszczą

się na siedzeniu obok w autobusie czy wręczają największą z możliwych tabliczek

czekolady w sklepie. Są wszędzie: w urzędzie, szkole, na przejściu dla pieszych,

mają końcówkę żeńską i męską. One nawet uprawiają seks.
Statystycznie jest ich zdecydowanie więcej niż tych, które idealnie podawane są nam

każdego dnia na śniadanie, obiad i kolację.


W tym „brzydkim” klubie i ja się znajduję. Moje trochę porozciągane,

przeorane przez dwie ciąże i łącznie trzyletnie karmienie piersią ciało jest bardzo

dalekie od ideału. Każda z nas dokładnie wie, jak wygląda ten “ideał”. W rodzaju

męskim przewiduje się dużo mięśni, włosów oraz szelmowskiego uśmiechu o

perłowym blasku. Żeński jest w równie ciężkiej sytuacji: figura przypominająca

wymiary mojej sześcioletniej córki plus doczepiona pierś i napompowana pupa,

wydęte usta, długa rzęsa, wszystko zadbane na poziomie master. Jest jeszcze

jeden warunek do spełnienia, mianowicie noszenie naturalnego makijażu, który z

naturalnością ma wspólny jedynie odcień brązu.


Co najmniej boki można sobie zrywać jeśli odkryje się, że felieton na taki

temat pisze osoba, która od prawie sześciu lat prowadzi bloga urodowego i

potrafi znaleźć tysiąc różnych odcieni szminek albo przebierać nóżkami z okazji

premiery nowego podkładu. Bo o urodzie wiem prawie wszystko i dobrych

kosmetykach, zapachach także. Wiem również, że istnieje zdrowy rozsądek. W

swojej głowie postawiłam granicę dla kolorowych gazetek oraz niektórych

programów telewizyjnych. Ta granica dotyczy też ludzi, którzy usiłują

wmówić mi, że powinnam ze wszystkich sił próbować osiągnąć wygląd idealny.

Zapominają niestety, że nie istnieje pojęcie wyglądu idealnego i to z bardzo

prostej przyczyny – dla każdego z nas ideał jest czymś innym i o dziwo zdarzają

się jeszcze dziwacy dla których ważniejszy od ciała jest intelekt. Mój tato Leon

zawsze powtarzał nam, że nigdy nie można oszczędzać na książkach i nigdy nie

będzie nam żałował na nie pieniędzy.




To, co widzę i to, co mnie przeraża to fakt iż kanon piękna, który

wykiełkował w sieci, serwisach społecznościowych próbuje sprowadzić kobiety

(na nich się skupię ponieważ to zjawisko jest bardzo powszechne) do fabryki

klonów. Kilka dni temu znalazłam mema: 16 zdjęć kobiet, na pierwszy i trzeci

rzut oka każda z nich wygląda tak samo. Podpis jest następujący: “Kiedy laska

mówi, że nie znajdziesz drugiej takiej, jak ona, ale jest 2016 rok i wszystkie laski

wyglądają tak samo”. Jestem naocznym świadkiem, że to dzieje się naprawdę.

Ten trend jest bardzo obecny w życiu młodych dziewczyn i nie mam tu na myśli

młodości w moim wykonaniu, a raczej tę o dekadę lub dwie młodszą.


Opatrzyło mi się „piękno”. Opatrzyły mi się sposoby na naturalny makijaż w stylu

Kim Kardashian składający się z piętnastu kroków i zabierający dwie godziny

życia. Moda na bycie idealną stała się zwyczajnie ogłupiająca.

Mam dość instrukcji jak powinnam wyglądać, jak zakryć cellulit, optycznie

wyszczuplić udo, jak mogłabym wyglądać gdybym nie marszczyła czoła lub

starała nie uśmiechać się zbyt często. Trafia mnie dobitny szlag, gdy po raz

kolejny koleżanka lub nie koleżanka pyta jak sobie poradziłam z rozstępami po

ciąży, a na moją odpowiedź, że nijak, ona pyta czy planuję zrobić sobie jakiś

laser może czy zwyczajnie podjęłam decyzję, że nie będę rozbierać się na plaży.

Będę się rozbierać. Będę wygrzewać do słonka mój porysowany brzuch.

Mamy ciała. Są nasze. Jedyne jakie mamy i jakie mieć będziemy. I nawet jeśli w

oczach innych są brzydkie i nieatrakcyjne, są nasze i jedyne w swoim rodzaju.

„Brzydkie” jest inne, wyjątkowe, nasze, a przede wszystkim ciekawe.