Agata
Manosa

Turbulences Louis Vuitton.

2016-12-31 - Agata Herbut




Ostatni post w tym roku! Postanowiłam, że będzie o produkcie, który stał się dla mnie bardzo ważny.
Mam to szczęście, że odkrywam zapachy w odpowiednim czasie. Jestem pewna, że większość nie pozostałaby ze mną na dłużej, gdybym poznała je kilka miesięcy wcześniej/później. Turbulences to jedna z siedmiu kompozycji stworzonych przez dom mody Louis Vuitton. Tegoroczna premiera, tegoroczna miłość.





Jacques Cavallier Belletrud, mistrz perfumiarstwa, który odpowiedzialny jest za kolekcję zapachową LV, spędził kilka

miesięcy podróżując przez pięć kontynentów. Jego celem było odkrycie nieoczekiwanych

zapachowych emocji. Wszystko, co zobaczył, poczuł, doświadczył zainspirowało go

skomponowania siedmiu nowych zapachów stworzonych

z myślą o kobietach. Wszystkie aromaty zamknięte są w minimalistycznym flakonie przypominającym dawne apteczne opakowania.

Prosta linia flakonów jest czysta, jedyne jej zdobienie to czarne litery

na przezroczystym szkle i dyskretne złote logo na czarnym magnetycznym kapslu.




Turbulences bo o nich dzisiaj chciałam opowiedzieć, zapamiętałam od razu. Poznałam je na polskiej premierze i nie mogłam przestać o nich myśleć. Rzadko zdarza się, abym tak intensywnie wspominała zapach, ale gdy tego doświadczam – wiem, że będziemy nierozłączni przez długi czas. Kompozycja to

hołd złożony jednemu z najbardziej narkotycznych wśród kwiatów – tuberozie (nigdy nie pomyślałabym, że moje szaleństwo będzie dotyczyło zapachu w którym jest jej naprawdę dużo!).

„Niesiony

wspomnieniami z młodości, Jacques poświęcił kilka miesięcy na to, by stworzyć

odpowiednią paletę zapachową odzwierciedlającą wspomnienie aromatu tuberozy.” Oprócz niej, w kmpozycji pojawia się jaśmin z Grasse oraz
jaśmin wielkolistny –

stosowany przez Chińczyków do aromatyzowania rzadkich herbat. Chińska

magnolia, róża majowa i delikatny zapachowy akcent skórzany. Całość opisywana jest jako intensywna i smakowita.






O produktach, które zrobiły na mnie duże wrażenie piszę bardzo ostrożnie. Długo zastanawiam się nad zdjęciami, nad tym, co powinnam napisać. Czasami zdarza się, że kilka dni myślę jak zacząć, jak skończyć zanim siądę do edytora tekstu. W przypadku Turbulences również tak się zdarzyło. Pierwszy raz w historii bloga możesz zobaczyć czarno – białe zdjęcia zapachu. Żadne inne nie pasowały, żadne inne nie mogłyby oddawać moich emocji związanych z tym zapachem. I nie dlatego, że uważam go za zwyczajny. Wręcz przeciwnie! Stał się częścią mnie dlatego zasłużył na coś innego, szczególnego.




A zapach? Jest zdecydowanie mój. W okresie w którym go poznałam, poszukiwałam czegoś, co jeszcze jest w stanie wyróżnić się z tłumu. Czegoś, co będzie poza szufladkami z napisem ładne lub brzydkie. W końcu czegoś, co nie będzie porywało tłumów. Dzięki połączeniu wyszukanych składników LV stworzył jeden z najpiękniejszych zapachów z jakimi miałam okazję romansować. Ten romans polega w głównej mierze na chciwym, powtarzającym się co kilkanaście minut, wyłapywaniu chociażby najsłabszej turbulencji w zgięciu nadgarstków, pomiędzy kosmykami włosów, w zagłębieniach szala.




Uwielbiam nosić na sobie Turbulences.




*PR Sample